Mała Apokalipsa - streszczenie - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Obudził się pewnego jesiennego dnia i przez jakiś czas leżał, wpatrując się przez okno na zachmurzone niebo. W szafce obok leżał czysty papier. W oddali widać było Pałac Kultury. W domu powoli zaczynali budzić się ludzie. Sięgnął po pierwszego tego dnia papierosa ze świadomością, że w ten sposób skraca swoje życie. Od dziecka marzył o tym, by rozstać się z życiem, lecz do tej pory nie potrafił. Teraz jednak wiedział, że zbliża się do momentu końcowego, w którym chciał godnie pożegnać się ze światem. Przez całą noc śniły mu się zęby – trzymał je w garści, a w jednym dostrzegł nawet plombę. Tuż przed snem zaczynał rozumieć sens egzystencji, sens czasu i sens bytu poza życiem. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, lecz był przekonany, że jest blisko zrozumienia tajemnicy istnienia. Za oknem dwie pijane roznosicielki mleka wywróciły skrzynki z butelkami. Zaczął padać deszcz, a krople rozbijały się o ścianę kamienicy, wybudowanej w okresie dekadenckiego stalinizmu. Musiał wstać i wykonać czynności, nad których sensem nie powinien się zastanawiać. Miasto, do którego zapędziło go przeznaczenie, również zaczynało budzić się do życia. Z sufitu po niewidzialnej nitce zjechał pająk, z którym koegzystował od wiosny i czasami ułatwiał mu polowania.

Najpierw postanowił pomodlić się – za siebie, za bliskich i za zmarłych przyjaciół. Modlił się własnymi słowami, po czym długo żegnał się, odpędzając tym gestem złe myśli, złe pragnienia i złe duchy. Czuł się wolny, jako jeden z nielicznych ludzi wolnych w kraju przezroczystego zniewolenia. Był wolny i sam, lecz samotność traktował jako niską cenę za luksus wolności. Był wolnym anonimem, którego dawne sukcesy i upadki stały się zapomniane. Zapalił kolejnego papierosa na pusty żołądek. Nieustannie myślał o zbliżającym się końcu jego świata. Zastanawiał się, co będzie zwiastunem tego końca – ból w piersiach, pisk opon gwałtownie hamującego samochodu czy też wróg bądź przyjaciel. Pijane kobiety wciąż rozmawiały o wywróconych skrzynkach z mlekiem. Obserwował je przez chwilę, kiedy uświadomił sobie, że już od lat nikt nie roznosi mleka. Pomyślał, że może kręcą film kostiumowy i przywarł czołem do szyby. Za oknem jednak życie toczyło się normalnym trybem – niewielkie grupy ludzi spieszyły do swych zajęć. Na ścianie Pałacu Kultury dostrzegł wielkiego orła na sczerniałym od deszczu tle. Od spodu orzeł wspierał się na kuli ziemskiej, otoczonej sierpem i młotem. Skończyły mu się papierosy i poczuł ogromną ochotę, by zaciągnąć się dymem nikotynowym. Otwierał kolejne szuflady, pełne starych listów i rachunków. Nagle dostrzegł pożółkłą kartkę papieru, na której przed laty rozpoczął pisanie nowej prozy, lecz nigdy nie ukończył dzieła. Dziś już nie wiedział, co chciał zyskać, zapisując na niej dewizę życiową magnata polskiego z XIX wieku:
„Jeżeli interesy Rosji na to pozwalają, chętnie zwracam uczucia ku swojej pierwotnej ojczyźnie”
. W oddali usłyszał sygnał wozów milicyjnych. Dochodziła ósma – domyślił się, że przez miasto jechała chłodnia z artykułami żywnościowymi dla ministrów i sekretarzy partyjnych, eskortowana przez patrol.

Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Dźwięk dzwonka zaskoczył go. Założył stary szlafrok i uchylił drzwi. W progu stali Hubert i Rysio. Na ich widok jego serce zaczęło bić szybciej, ponieważ ich rzadkie wizyty oznaczały zawsze radykalne zmiany w jego życiu. Wpuścił ich do mieszkania, zastanawiając się nad celem wizyty. Wspomnienie, że dzięki znajomym podpisał dziesiątki petycji skierowanych do reżymu, stracił kilka razy pracę, raz został pozbawiony praw obywatelskich i każdego dnia był szykanowany, sprawiło, iż czuł się spięty. Przeszli do pokoju i zasiedli w fotelach. Po paru minutach niezręcznego milczenia, zaproponował im kieliszek wódki. Nalał alkohol do kieliszków i wzniósł toast za pomyślność. Hubert stwierdził, że za mało wychodzi z domu i spytał, czy coś pisze. Odparł, że właśnie zaczął pracę. Mężczyzna spojrzał na niego z niedowierzaniem, po czym zwrócił się do Rysia, mówiąc, że czas przystąpić do sedna sprawy. Poczuł, że jest mu wszystko jedno, ponieważ był wolny. Bezmyślnie włączył telewizor, wpatrując się w ekran, na którym pojawiła się relacja z lotniska. Hubert uznał, że ostatnimi czasy rzadko kontaktowali się ze sobą. Odpowiedział, że obserwuje ich działalność i ma wrażenie, że kraj umiera.

Rozmowa najwyraźniej sprawiała im trudność. Po chwili Hubert dodał, że chcą mu coś zaproponować w imieniu kolegów. Wyjaśnił, że chcą, aby dziś o ósmej wieczorem podpalił się pod budynkiem Centralnego Komitetu Partii. Z trudem przełknął ślinę, sądząc, że żartują. Rysio odparł, że przeanalizowali wszystkie kandydatury i wybór padł właśnie na niego. Hubert natomiast wyjaśnił, że jego nazwisko jest znane również na Zachodzie i dlatego taki czyn wstrząśnie ludźmi nie tylko w kraju, ale i za granicą. Była to opinia całej społeczności, która próbowała walczyć. Zaskoczony, był zdania, że są inni, których ofiara nabrałaby znaczenia symbolicznego – na przykład ktoś ze środowiska filmowców czy też kompozytorów. Hubert odpowiedział, że każdy ma do spełnienia inną rolę, a ich śmierć straszliwie zubożyłaby naród. Odważył się zaprotestować. Rzekł, że nigdy nie wtrącał się do spraw opozycji ani nie ingerował w funkcjonowanie organizmu artystycznego. Uważał jednak, że przyczynili się do rozwoju głuchych i ślepych demiurgów, których geniusz wyrósł na mogiłach poprzedników, więc oni powinni złożyć ofiarę ze swojego życia. Mężczyźni nie chcieli o tym rozmawiać. Zdenerwowany, wyłączył telewizor i spytał Huberta, kiedy z nim porozmawia, jeśli posłucha jego rozkazu. Rozgoryczony, stwierdził, że twórcy, którzy przez całe życie działali w porozumieniu z rządem, tak naprawdę szli osobno, tworząc dzieła, które odpowiadały modzie. To oni właśnie zniszczyli sztukę, żądni powodzenia i chciwi poklasku. Hubert uznał, że sam przecież wybrał swój los. Podniósł się do wyjścia, lecz zatrzymał go, pytając, dlaczego wyznaczono właśnie jego. Mężczyzna niechętnie odpowiedział na to pytanie. Odparł, że przecież on żyje obsesją śmierci i dlatego nie powinien się jej bać, ponieważ przez lata przygotowywał do swojej śmierci samego siebie i innych. Zarzucił mu, że łże.

Nieoczekiwanie Rysio zerwał się z fotela i krzyknął, by zostawił w spokoju Huberta, który nagle zesztywniał. Rysio wepchnął w zsiniałe usta przyjaciela jakieś tabletki, a Hubert usiłował je przełknąć. Ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzył zamek trzęsącymi rękoma i ujrzał pijanego robotnika, który kazał mu napuścić do wanny wody, ostrzegając, że woda będzie odcięta przez dobę. Po chwili niespokojny wrócił do pokoju. Hubert jednak czuł się już lepiej. Rysio uznał, że muszą wyjść, a Hubert wyjaśnił, że wszystkim potrzebna jest śmierć majestatyczna, którą tylko on mógł ofiarować. Zrozpaczony, zapytał, czy Hubert wierzy, że to jest potrzebne. Mężczyzna podszedł i objął go, prosząc, by o jedenastej zjawił się na ulicy Wiślanej 63, gdzie spotka się z Haliną i Nadzieżdą. Rysio uznał, że nie powinien utrudniać sprawy, co wywołało w nim wybuch gniewu. Za oknem rozległ się grzmot. Rysio poprosił, aby pożyczył pięć tysięcy na taksówkę. Wyjął z kieszeni banknot, który wzięli bez podziękowania i ruszyli do przedpokoju. Nieoczekiwanie Hubert zatrzymał się, pytając, kiedy przestał pisać. Wyjaśnił, że siedem lat temu, po napisaniu opowiadania do podziemnego pisemka. Wtedy za jednym zamachem zniósł dwie cenzury – własną i państwową, stając się wolnym impotentem.

Teraz w myślach pisał żałobny tren – dzieło literackie dla jednego czytelnika. Hubert uznał, że powinien oszczędzać słowa na wieczór, a jego czyn stanie się arcydziełem literackim, które ludzie spiszą i przechowają niczym wersety z Biblii. Uścisnął jego dłoń, co spowodowało, że poczuł narastającą wściekłość. Hubert ze spokojem rzekł, że to szansa dla niego – będzie pierwszy, ubiegając swych rywali. Zadał mu ponownie pytanie, czy warto spalić się, a potem pożegnał się. Mężczyźni niechętnie opuścili jego mieszkanie. Rysio powiedział, aby nie nawalił i przypomniał, że Halina i Nadzieżda będą na niego czekały o jedenastej. Odpowiedział, że musi się zastanowić i patrzył na kolegów, którzy powoli schodzili po schodach. Miał wrażenie, że stali mu się obcy, choć przecież pamiętał Rysia z czasów, kiedy spędzali czas na pijackich zabawach. Teraz Rysio pisał prozę bez znaków przestankowych, adiutantował Hubertowi i stał się znaną postacią świata literackiego.

Wrócił do pokoju i wyjrzał przez okno, by popatrzeć na Rysia i Huberta. Ominęli jakąś wolną taksówkę i ruszyli w stronę Nowego Świata, nie śledzeni przez żadnych agentów. Następnie poszedł do łazienki, by się umyć. Rozmyślał o decyzji, którą musiał podjąć, wybierając między honorową śmiercią a niehonorowym życiem. Rozległ się dzwonek i ociekając wodą, otworzył drzwi wejściowe. Ujrzał staruszka z wielką skórzaną teczką, siedzącego na stopniach schodów. Mężczyzna pokazał mu kartkę z poleceniem odcięcia gazu. Odparł, że można za jednym zamachem odciąć również elektryczność, co staruszek skwitował uśmiechem, wyjaśniając, że ma uprawnienia tylko na gaz. Po chwili zakręcił zawór i zdemontował palenisko, tłumacząc, że zawsze można porozmawiać z kierownikiem. Literat odparł, że nie chce mu się rozmawiać z kierownikiem, gdyż dziś umrze. Staruszek roześmiał się, uznając, że to zły dzień na śmierć – całe miasto zostało udekorowane z okazji przyjazdu „ruskiego” sekretarza. Odpowiedział, że umrze wszystkim na złość, czym jeszcze bardziej rozśmieszył rzemieślnika. Zaproponował, że podłączy gaz, lecz zaplombuje rączki od zaworów. Pisarz nie zgodził się na to, uznając, że nie potrzebuje gazu. Odprowadził staruszka na korytarz. Hydraulik zauważył płaszcz i dotknął materiału. Pisarz kazał mu zabrać ubranie, prosząc, by zakładając je, czasami westchnął nad jego duszą. Mężczyzna zręcznie zwinął płaszcz, zapakował go do torby i stanął przed drzwiami sąsiada.

Literat wrócił do pokoju i zasiadł w fotelu. Z oddali dochodziły dźwięki jakiejś muzyki. Pomyślał, że dobrze stało się, iż oddał płaszcz, ponieważ będzie mu lżej przeskoczyć na tamten świat. Zastanawiał się za jaką wolność wskoczy w ogień śmierci. Włączył telewizor, aby czymś zająć myśli. Transmitowano powitanie radzieckiego sekretarza, po chwili orkiestra odegrała „Międzynarodówkę”. Schował do kieszeni dowód osobisty i postanowił wyjść z domu. Schodząc po schodach, zajrzał do skrzynki na listy.

Na ulicy uderzył w niego zgiełk muzyki. Pod Pałacem Kultury stała estrada, na której tańczył zespół ludowy w krakowskich strojach. Z przyzwyczajenia stanął w kolejce do kiosku z gazetami, kupił paczkę papierosów. Brak gazet uznał za zły omen. Z kamienicy po drugiej stronie ulicy wyszedł mężczyzna, którego znał z widzenia. Był to dygnitarz, który z niewiadomych przyczyn nadal mieszkał w dawnym mieszkaniu. Spojrzeli na siebie, nie kłaniając się sobie. Po chwili dygnitarz wsiadł do czarnego mercedesa i odjechał. Literat był przekonany, że jego los został spleciony z losem polityka i dlatego śledził jego życie. Ruszył w stronę Nowego Świata, spoglądając na szereg czerwonych i biało-czerwonych flag. Nad tłumem ludzi wisiał gigantyczny transparent z napisem: „Niech żyje czterdziesta rocznica Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”. Jakiś rencista, z gazetą pod pachą, uśmiechnął się do niego porozumiewawczo. Uznał, że dodano kilka lat i na dowód podsunął mu gazetę. Pisarz chwycił czasopismo, prosząc, by mu je oddał. Przez chwilę szarpali między sobą „Trybunę Ludu”, aż gazeta rozerwała się na połowę. Staruszek zaczął krzyczeć, a literat szybko wmieszał się w tłum.

Nagle stanęło przed nim dwóch młodych milicjantów, prosząc, by wszedł z nimi w bramę. Tam zażądali okazania dowodu osobistego. Podał im zniszczoną książeczkę, pytając, jaki dziś dzień. Odpowiedź, że jest dwudziestego drugiego lipca, zaskoczyła go, ponieważ sądził, że jest późna jesień. Popatrzyli na niego bez życzliwości, a wyższy zaczął go spisywać, pytając, czy go to nie dziwi. Odparł, że był często spisywany. Nagle dostrzegł znajomego, Kolkę Nachałowa, który pojawił się w bramie. Kolka popatrzył na milicjantów i zaczął ich wypytywać o numer. Speszeni funkcjonariusze oddali pisarzowi dowód i odeszli. Kolka, syn generała KGB, nie wyjechał do Moskwy z rodziną, lecz został w Polsce, robiąc dziwaczne interesy. Znali się od kilku lat i pisarz nie pamiętał już w jakich okolicznościach po raz pierwszy spotkał Nachałowa. Literat nie chciał tym razem nic od niego kupić i szybko odszedł.

W wylocie bramy spotkał nieznajomego młodzieńca, który ukłonił się z szacunkiem. Zaskoczony, oddał mu ukłon, a potem minął go, udając obojętność. Przeszedł na drugą stronę ulicy i usiadł przy stoliku w barze mlecznym. Nagle ktoś go zawołał z kolejki do kasy. Rozpoznał brata Rysia, który zamówił dla niego śniadanie. Nie potrafił przypomnieć sobie imienia mężczyzny i posiłek zjedli w milczeniu. Z grzeczności w końcu zapytał, jak leci, nazywając towarzysza docentem. Filozof uznał ten tytuł za obraźliwy. Wybierał się na wykład do departamentu aluzji, który powołano w cenzurze. Literat dostrzegł w końcu sali nieznajomego z bramy, który uśmiechał się do niego. Brat Rysia rozpoczął wykład o aluzji, którą popierał, a pisarz zapytał go o brata. Mężczyzna z irytacją odparł, że uważa Rysia za idiotę, który marzy o światowej karierze i nie rozumie teorii aluzji w prozie. Doradził, aby literat nie kłaniał się swoim opozycjonistom i by pisał dla cenzury. Literat spojrzał na kalendarz, wiszący na ścianie, który pokazywał kwiecień 1980 roku. Nie wiedział, czy to stary kalendarz, czy nowy. Powiedział, że zapamiętał filozofa jak młodego genialnego naukowca i spytał, co pchnęło go w stronę marksizmu. Mężczyzna ze złością rzucił bułkę na stół. Z trudem opanował wzburzenie. Pisarz uznał, że najwyraźniej lękał się odpowiedzialności za życie na własny rachunek i dlatego ukrył się za ikonostasem partii, cenzurując teksty utalentowanych kolegów. Na czole filozofa pojawiły się kropelki potu. Zarzucił, że pisarz jest głupcem, ponieważ nie dostrzega konieczności ocalenia własnej duszy przed falą komunizmu. Był przekonany, że Rosja wkrótce prześcignie przemysłowo Amerykę i Polacy sami będą chcieli tam jechać. Słowa te zdruzgotały pisarza. Odparł, że woli zapomnieć o tej rozmowie. Filozof zaśmiał się szyderczo i wyszedł z baru bez pożegnania.

Literat dostrzegł chłopaka z prowincji, który przesiadł się do sąsiedniego stolika i zarecytował jakiś werset na jego cześć. Mężczyzna wyszedł z baru, a młodzieniec ruszył za nim. Pisarz szedł w gęstym tłumie, kiedy zbliżył się do niego jakiś młody pan, prosząc o ogień. Po chwili okazało się, że jest agentem i nakazał literatowi, aby udał się z nim do bramy. Zaprotestował, wyjaśniając, że był już tego dnia spisywany. Agent wziął jego dowód, udając, że czyta. Tymczasem na ulicy rozległo się wycie samochodów milicyjnych i pojawiła się eskorta honorowa. Agent oddał mu po chwili dowód. Literat wrócił na ulicę, mijając chłopca z prowincji, który zadeklamował kolejny wiersz. Mężczyzna pomyślał, że zna skądś ten fragment poematu. Na Nowym Świecie dostrzegł gromadę dzieci, odchodzących w stronę ulicy Świętokrzyskiej. Z domu wyszedł kierowany impulsem decyzji, teraz z trudem wierzył w poranną wizytę Huberta i Rysia. Zaczynał sądzić, że mu się to po prostu przyśniło. Kilka lat temu zadzwonił do wydawnictwa, prosząc o zmianę tytułu swojej nowej książki i podczas rozmowy z redaktorką uświadomił sobie, że realizuje sen sprzed paru godzin.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Streszczenie Małej Apokalipsy w pigułce
2  Tadeusz Konwicki - biografia
3  Czas i miejsce akcji Małej Apokalipsy



Komentarze: Mała Apokalipsa - streszczenie

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2018-08-09 03:47:32

Całkiem, całkiem. Trzeba jednak dopełnić niektóre wiadomości opracowaniem


2010-03-03 16:26:35

To jest streszczenie i nie ma tu miejsca na żadne refleksje, a w głównym wątkiem książki nie jest miłość do Nadzieżdy! Gdyby ktoś interpretował tę wybitną książkę w taki sposób jak ty, uległaby ona niewyobrażalnemu spłyceniu. Do Harlequinów z tak emocjonalnym podejściem.


2006-09-09 20:23:20

Ja rowniez jestem swiezo po przeczytaniu ksiazki, ale na streszczenie nie narzekam..Tylko za malo w nim bylo o Nadziei.Nie chodzi tu o to, ze jak to zwykle baby lubia watki milosne w ksiazkach. Bardziej naszla mnie refleksja, ze dzieki tej kobiecie moze jego zycie zmieniloby sie diametralnie. Choc co zrobi wieksze wrazenie na czytelniku? Milosc niespelniona i nierealna, ktorą konczy smierc dla idei?Czy milosc,ktora bedzie skazona grzechem i codziennoscia, wypali sie..Dotychczas rzadko czytalam, nawet z uwagi na moj scisly umysl, nie mialam wiekszej potrzeby na to. Przy tej ksiazce plakalam jak dziecko. Moze to glupie i naiwne,ale czytajac ostatnie stronice lecialy mi lzy ciurkiem. Dla takiej ksiazki warto plakac..


2006-03-11 11:18:22

Fajne streszczenie, mała uwaga - Tadzio ma 40 lat.


2006-01-22 22:25:58

Fatalnie! Nie wiem czy autor czytał tę książkę. Streszczenie niejasne i pełne niedomówień. Jestem świeżo po przeczytaniu tej świetnej ksiązki i muszę powiedzieć, że gdybym nie przeczytał jej, a przeczytał to streszczenie, miałbym mylne pojęcie o "Małej apokalipsie".




Streszczenia książek
Tagi: